artykuł z 1997r.

BOOKOVSKY
"UKŁAD SŁONECZNY - NASZYJNIK BOGA"
Kasetę BOOKOVSKY'ego nabyłem już jakiś czas temu. Muszę przyznać, iż
po pewnym czasie doszedłem do wniosku, iż jest to jedna z lepszych pozycji, jakie
posiadam w swoich zbiorach.
Jaka to muzyka? Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że mamy tu do czynienia
ze szkołą berlińską. Styl ów nie jest odtworzony przez autora tak wiernie, jak na
przykład w przypadku Daniela Blooma, lecz wyraźnie słychać wpływy
klasycznego rocka elektronicznego. Ogólnie rzecz biorąc muzyka BOOKOVSKY'ego kojarzy mi
się z dokonaniami Roberta Schroedera. (Coś typu "Computer
voice" lub "Time waves"). Właściwie, to może i lepiej, że
facet nie naśladuje bezmyślnie Tangerine Dream, czy też Klausa Schulze,
a próbuje dodać do stylu coś nowego, choć zdaję sobie sprawę, iż nie każdy musi
się zgodzić z tą opinią. No ale nic... Przejdźmy może do konkretów.
Utwór pierwszy ("Słońce - Diament") jest bardzo
transowy. Nie ma tu ostrych brzmień, całość ma... jakby to opisać... pastelowe barwy.
Perkusja nie jest zbyt nachalna i nieźle pasuje do reszty. Jest to jeden z najdłuższych
kawałków albumu - trwa 7:05 minut. Może budzić skojarzenia z "Syriuszem
B" Delivera. Utwór drugi ("Merkury - Agat")
praktycznie prawie nie ma perkusji. Rytmika opiera się raczej na basie. Znowu mamy
niezgorszy trans. Swego czasu przypominał mi trochę muzykę Software'u, z tym,
że zamiast saksofonu pogrywa tutaj trąbka a'la Miles Davis. Tylko proszę się nie
sugerować: ta muzyczka nie ma z jazzem nic wspólnego. Na szczęście. Utwór trzeci
("Wenus - Topaz") składa się jakby z dwóch części. Pierwsza obdarzona jest
szczątkową perkusją i bardzo transowym charakterem. Trochę improwizacji na dość
ostrych brzmieniach. Bardzo "berlińska". Część druga - moim zdaniem - nieco
gorsza. Kompozycja, co prawda, ta sama, lecz pojawia się zbyt nowocześnie brzmiąca
perkusja. Utwór czwarty ("Ziemia - Szafir") jest mniej
"kosmiczny" od poprzednich. Pojawiają się jakieś elementy etnicznych
bębnów, jakiś brass section tudzież niezła solówa w stylu Bilińskiego. Niby
dobry, ale trochę za bardzo rozrywkowy, jak dla mnie. Choć z drugiej strony, może
właśnie o to autorowi chodziło: oddać klimat planety Ziemia? Utwór piąty ("Mars
- Rubin"). Nie tak dobry, jak pozostałe. Znowu perkusja, znowu trochę zbyt
duża "rozrywkowość". Niby klasyczna kompozycja, oparta na jednej nucie, ale
ta aranżacja... W każdym razie da się słuchać. Utwór szósty ("Jowisz -
Ametyst") również składa się właściwie z dwóch części: wolnej i
nastrojowej oraz drugiej: szybkiej i ostrzejszej. W zasadzie ma te same zalety i wady, co
kawałek poprzedni.
Przejdźmy teraz do strony B. Utwór pierwszy ("Saturn -
Granat") jest chyba jednym z najlepszych. Jest to "mikrosuita" (7:33).
Słychać tu dosyć analogowe brzmienia, zero perkusji: rytmika znowu opiera się na
basie. Bardzo transowy. Przypomina mi nieco Klausa Schulze. Na tle
sekwencerowych podkładów leci tu sobie całkiem fajna improwizacja. To był opis
pierwszej części "Saturna". Część druga oparta jest na tym samym
schemacie, lecz dochodzi tu perkusja (znów zbyt rozrywkowa, jak dla mnie) i parę nowych
motywów muzycznych. Część trzecia - ten sam podkład, ale jeszcze inne motywy. Mimo
paru zastrzeżeń, stwierdzam, iż całość wypada bardzo dobrze. Utwór drugi ("Uran
- Malachit"). Dosyć transowy, ale dla mnie - starego ortodoksa - zbyt
nowocześnie zaaranżowany. Znów skojarzenia ze Schroederem. Utwór trzeci ("Neptun
- Turmalin") to jest to, co lubię. Bardzo przypomina stary, dobry Tangerine.
Parę cichutkich instrumentów perkusyjnych, charakterystyczne tangerine'owskie fleciki,
sporo improwizacji, fajny bas... Trans, trans, trans... Jeden z najlepszych kawałków
albumu. Utwór czwarty ("Pluton - Chryzolit"): jak zwykle dopieprzam
się do aranżacji. Za bardzo czuć tu elektroniką "środka". Początkowy
instrument prowadzący nie najszczęśliwiej chyba dobrany. Potem są niezgorsze
improwizacje. Spokojnie da się słuchać. Utwór piąty ("Faeton -
Szmaragd") to coś, jakby bonus track. Dlaczego? Bo takiej planety nie ma w
naszym układzie. Ale istnieje teoria, iż kiedyś była. Niezły pomysł w każdym razie.
Lecz przejdźmy do muzyki. Dobry wstęp, mający nastrój tajemniczości. Słychać
jakieś głosy... Może to mieszkańcy Faetona? Część pierwsza kawałka jest bardzo
dobra. Klasyczna kompozycja, rozsądna perkusja i klimat rodem z Dalekiego Wschodu. Fajne,
trochę psychodeliczne improwizacje. Część druga... Co do kompozycji, to jest OK.
Bardzo mi się podoba. Aranżację znowu pozwolę sobie zganić. Ogólnie jest to utwór
jeden z lepszych.
Generalnie wśród takich twórców, jak Bloom, Key Follow, Kubiak,
czy Deliver, BOOKOVSKY wypada nienajgorzej, choć mogło by być lepiej... Jeśli
dalej artysta ów będzie szedł w kierunku klasycznego el - rocka, to z przyjemnością
zakupię jego następną kasetę. Co i Wam polecam.
YAQP
więcej
informacji o Bookovsky'm |