artykuł z sierpnia 1997r.


niezwykły ładunek muzyki
William Orbit - to nie
przypadkowy wybór twórcy na pierwsze maestria. Nie ma wielu podobnych mu ludzi, którzy
obok własnych dokonań, z zawziętością angażują się w dekonstrukcje muzyczne,
wpływając na cudzą twórczość. W jednym miesiącu spod jego konsolety potrafi wyjść
10 produkcji. Dlatego też nie jestem w stanie przedstawić tutaj całej jego pracy
związanej z miksowaniem - potrzebne na to byłoby jeszcze kilka stron tej gazety. Nie
sposób jednak nie powiedzieć o współpracy z Blur ("On You Own",
"Movin' On"), Peterem Gabrielem ("Many Street",
"Kiss That Frogg", "Digging In The Dirt"), Stingiem ("If
You Love Somebody Set Them Free"), Madonną ("Erotica",
"Justify My Love", "I'll Remember"), Princem ("Batdance",
"The Future / Electric Chair"), M. McLarenem ("Deep In
Vogue"), Shakespears Sister ("Run Silent Run Deep"), Sealem
("Crazy", "Killer"), Jimmy Sommervillem ("(You
Make Me Feel) Mighty Real"). Być może zanudzę niezorientowanego czytelnika,
ale nie stosownym byłoby opuścić w tym miejscu fakt kooperacji z Camouflage ("Love
Is a Shield"), Human League ("Heart Like a Wheel", 4
utwory do "Romantic"), Depeche Mode ("Walking in my
Shoes"), Nitzer Ebb ("Backlash, Captivate, Shame"), Erasure
("Star, Supernature"), OMD ("Dreaming"), Kraftwerk
("Radioactivity '91"), Colourbox ("Manic"), The
Shamen ("Hyperreal"), The Cure ("Inbetween
Days"), Dreadzone ("Earth Angel"). To tylko nieznaczna
część pracy !
Wszystko miało swój początek w 1981 roku, kiedy to William odnowił swą
znajomość z Grantem Gilbertem - kolegą z lat dziecięcych, który
wcześniej przebywał w USA. Wraz z przyjaciółką Gilberta - Laurie Mayer
stworzyli oni formacje Torch Song. Trzonem grupy jest William Orbit -
multiinstrumentalista (klawisze, gitara, perkusja, bas, programowanie drum/computer),
który wraz z wokalistką Mayer pisze kompozycje na płyty. Gilbertowi (klarnet, saksofon)
przypada wówczas rola menedżera.W ciągu trzech lat wspólnej działalności w Torch
Song stworzyli, dosłownie w garażu, w jednej z dzielnic Londynu, własne studio -
Guerilla Studios. Tutaj przygotowano materiały i nagrano debiutancki album "Wish
Thing". Guerilla dało Orbitowi niezależność - mógł teraz eksperymentować
i odkrywać muzyczne idee w nie wywierającym presji, nieskrępowanym środowisku. Kolejne
lata przynoszą nastepne płyty: "Ecstasy" i kompilacje "Exhibit
A."
W 1987 singiel "Don't Look Now" jest zapowiedzią
8-letniej przerwy w działalności grupy. W tym też roku William wydaje pierwszą swoją
epkę z "Love My Way" - utworem, który pojawia sie na mniej udanym
albumie "Orbit". Rozpoczyna on także produkcję serii płyt STRANGE
CARGO ("Strange Cargo" /1987/, "Strange Cargo 2"
/1990/, "Strange Cargo III" /1993/). Okres pomiędzy drugą a trzecią
częścią owocuje natomiast współpracą z Elizabeth Orton. Jako Spill
wydają oni w Wielkiej Brytanii singiel "Don't Wanna Know 'Bout Evil".
Oprócz tego William jest producentem jednej płyty Beth Orton "Superpinkymandy",
która została zresztą najzwyczajniej skasowana i jak dotąd ukazała się tylko w
Japonii. Beth natomiast próbuje własnych sił, występując już solo. Wymiernym
wynikiem współpracy są jeszcze 4 nagrania: "Water From a Vine Leaf"
na płycie Williama Orbita "Strange Cargo III" oraz "Kiss Of
The Bee", "Million Town" i remix utworu pochodzącego z "Superpinkymandy"
- "She Cries Your Name" na płycie Strange Cargo "Hinterland".
Innym projektem, z którym należy utożsamiać osobę Orbita jest Bassomatic.
W latach 1990-92 William wydaje jako Bassomatic dwa duże krążki "Set The
Controls For The Heart Of The Bass" /1990/, "Science And Melody"
/1991/ oraz sześć singli, w tym hitowy "Fascinating Rhythm" /1990/.
Jednak dla Orbita najbardziej dynamicznym okresem, jak dotąd, był rok 1995.
W marcu ukazuje sie wspomniany wcześniej "Hinterland". Tym razem
William wystepuje pod znaną już poniekąd nazwą, a mianowicie jako Strange Cargo.
Już 17 kwietnia Orbit daje znów o sobie znać - reaktywuje sie Torch Song, jednak w
nieco zmienionym składzie: miejsce Gilberta zajmuje Rico Conning. Nowa płyta nosi
nazwę "Toward The Unknown Region". Na koniec maja przygotowywany jest
następny projekt Orbita - The Electric Chamber, który ma zawierać jego
współczesne interpretacje muzyki poważnej. Niestety z powodów prawnych płyta "Pieces
In a Modern Style" nie ujrzała światła dziennego. W ostatnim momencie jeden z
wydawców nie zgodził się na zrealizowanie reprodukcji Samuela Barbera, Erika
Satie, Arvo Parta, Maurice Ravela i Henryka Góreckiego.
Mineły już 2 lata, a ponieważ plany legalnej edycji utworów są wciąż nierealne,
dlatego też należy się spodziewać bootlega zawierającego ich kopie *). Nie upływa
jednak miesiąc od tego incydentu, a William objawia się nam po raz kolejny, tym razem
jako producent i współtwórca utworów płyty Caroline Lavelle "Spitit"
- aranżacyjnie tak pomyślanej, że słuchając jej, ma się nieodparte wrażenie, iż
jest to kolejne wydanie Strange Cargo.
Zauważamy zatem oznakę osobliwego stylu - wypracowanego w ciągu niespełna
15 lat. Co prawda pierwsze produkcje przypominają raczej muzykę z programów TV typu
"Agrobiznes" czy "Tydzień na działce", jednak nowsze, zasługują na
uznanie i nie powinny być już nikomu obojętne - są one mieszaniną stylów.
Profesjonalny sposób ich połączenia powoduje, że dźwięki miłe dla ucha potrafią
zadziałać relaksująco. Jeżeli więc zetkniecie się kiedyś z logiem
"N-Gram", produkcjami z londyńskiego "Guerilla Studios" bądź
kalifornijskiego "Guerilla Beach Studios" - symbolami identyfikującymi prace
Williama Orbita, skorzystajcie z okazji i posłuchajcie kilku jego numerów.
Przyjrzyjmy się teraz bliżej "Strange Cargo III" -
czteroletniej już płycie, która miała, i wciąż ma (gdyż niebawem ma sie ukazać jej
CD-ROMowa wersja), najlepszą promocje. Do niektórych utworów wykonano nawet videoclipy
(nawiasem mówiąc całkiem ciekawe). Jednak umieszczono je, jak dotychczas, tylko na
limitowanym wydaniu "Strange Cargo 3 video."
Płytę zaczyna "Water From A Vine Leaf" z wokalem B.
Orton - najdłuższy kawałek z całej dwunastki. Doczekał się on nawet singla, w
którym William, w kwestii mixów dał wolną ręke m.in. grupie Underworld. Drugim
utworem jest "Into The Paradise". Rozpoczyna go istnie martinowska
gitara, zapożyczona niczym z "Personal Jesus" Depeche Mode. Dalej
następuje ciężki, wyrazisty beat, wymieszany z samplowymi dziwolągami, wśród
których można usłyszeć głos Baby B. Trzeci kawałek to niezaprzeczalny
eksperyment i nowość w odniesieniu do wcześniejszych upodobań Orbita. W "Time
To Get Wize" ciekawe aranżacje pianina i gitar łączą się z miękkim rapem Divine
Bashim. Tempo płyty zwalnia się nieco w tym miejscu - instrumentalny, melodyjny "Harry
Flowers", w którym dźwięk rożka angielskiego stwarza miły nastrój,
przenosi nas w stan niezakłóconego spokoju. Następne dwa, "A Touch Of The
Night" i "The Story Of Light", są już szybsze i bardziej
dynamiczne. Siódemka - "Gringatcho Demento" to nagranie
rozpoczynające obrazową wersje płyty.
Spróbuję w kilku zdaniach streścić clip. Otóż inicjujące brzmienie
Gringatcho wprowadza nas w doze tajemniczości. Przy niepokojących dźwiękach ukazuje
się William, siedzący na kanapie w towarzystwie dwóch pań. Wszyscy znajdują się w
pokoju z ciemnymi ścianami, na których wyświetlane są m.in. ludzkie szkielety. Ta
zgoła nieromantyczna sceneria wprowadza u Willego reakcje neurotyczne, zwodniczo jednak
opanowywane - obkręca on sobie w trzech palcach prawej reki pałeczkę perkusyjną,
wpatrując się beznamiętnie w telewizor, znajdujący się przed nim. Nie wywierają
żadnego skutku kokieteryjne szepty w jezyku włoskim (głos Cleo Torres) i
uwodzicielskie przytulania - Willy wciąż patrzy się w ekran i kręci pałką. Jedna z
pań, zdeterminowana beznadziejnością zalotów, w końcu wyrywa mu z dłoni obracający
się wciąż obiekt. Beat momentalnie ucicha. Willy, wyprowadzony z równowagi, wstaje,
podchodzi do telewizora i ciśnie w niego siekierą. Wątek niczym z undergroundowego
filmu, przerywany jest jeszcze eskapadami w windach oraz interesującymi kombinacjami
wizualnymi jednego ujęcia morskiej wody.
Lecz wróćmy do samej płyty. "A Hazy Shade Of Random"
oraz "Best Friend, Paranoia" to kolejna porcja efektownej konstrukcji
rytmu, basów, pianina i gitary, którą okrasza ambientowe tło. Największe wrażenie
wywarły na mnie jednak dwie kolejne kompozycje. Obydwie, pozbawione już beatu, brzmią
enigmatycznie i ekscytująco. "The Monkey King" wypełniony jest
monotonnią jednego dźwięku, w który wplatane są przejmujące brzmienia skrzypiec i
śpiewy muzułmańskie, pojawiające się zresztą nie tylko tutaj. Utwór pobudza
fantazje: potężne i majestatyczne uderzenia basów mogą przypominać kroki niesamowitej
bestii. Przedostatnia kompozycja "Deus Ex Machina" zaczyna się dosyć
miło japońską melodią. Utwór ewoluuje: w jednej chwili ujmująca muzyka przeistacza
się w alienacyjno - ambientową nute. Dalej, po transowym brzmieniu, słyszymy dialog
niczym z sensacyjnego filmu. Na koniec, Orbit serwuje przeszywające ludzką dusze, trudne
do klasyfikacji, odlotowe dźwięki. Płytę kończą ciche akordy "Time To Get
Wize", które tutaj nazwane zostały "Water Babies". Płyta
robi wrażenie przemyślanej, utwory różniące się pod względem stylu i nastroju
tworzą zgraną całość. Mając na względzie aranżacje, śmiało można stwierdzić,
że "Strange Cargo III" pełni rolę kompendium dźwięków, które
wykorzystywane są z powodzeniem we wszelkiego rodzaju remixach autorstwa Williama Orbita.
Na koniec, kilka słów o najbliższych planach. Jeszcze w tym roku
powinniśmy usłyszeć o dwóch produkcjach Williama. Jedna z nich to Ivisable,
druga odnosi się do sporej części materiału nowej płyty samej pani Madonny**). Nie
pozostaje w takim wypadku nic innego, jak tylko czuwać i mieć uszy szeroko rozwarte...
g j e k o ń
*) - 17 stycznia 2000r. udało się zrealizować i w końcu wydać wspomniane reprodukcje.
Wśród nich nie znalazly się jednak kompozycje Arvo Parta, którego wydawca jest
sprawcą całego zamieszania. Re-edycja albumu sygnowana jest już nazwiskiem Williama w
przeciwieństwie do oryginału (The Electric Chamber)
**) - album "Ray Of Light" wydany został nieco później, tj w marcu
'98
|